niedziela, 12 lipca 2009

Tymczasowy brak tytułu.

Pienista chmura przesuwała się niczym lekkie ptasie mleczko po niebie. Lekki wiatr cudownie ochładzał spragnione policzki. Wiał wyżej i wyżej, aż w końcu sięgał włosów, które leciutko oderwały się od ramienia i rozwiały się na tle rajskiego krajobrazu.
Westchnięcie. Krajobraz bynajmniej się nie zmienił. Wciąż pozostał ten sam, niezmienny. Nagle - krzyk. Kilka łabędzi odfrunęło ze strachem z gładkiej tafli potężnego jeziora.
Wiatr wiał coraz mocniej. Teraz już nie smagał delikatnie policzków, lecz brutalnie łopotał włosami i pozostawiał zimny dreszcz na twarzy. Łza spłynęła po brzoskwiniowej twarzy. I jeszcze jedna. I kolejna. W chwilę później twarz była usiana łzami, niczym kropelkami rosy o brzasku. Kolana poczęły się uginać. Przez chwilę groteskowy to był widok. Lecz w chwilę później całe ciało padło na wysoką trawę. I nic już nie było takie samo.



Tłoczne to były ulice, kiedy jeszcze Eberfart się nimi przedzierał, w poszukiwaniu swojej, jedynej.
Lecz dzisiaj na szerokich drogach ostały się jedynie żebraczki, prosząc szeptem o datek, a gdzieniegdzie w kałużach bawiły się umorusane maluchy. Fyna szła powoli drogą, czując, jak opuszcza ją spokój. Coś drażniło się z nią od środka. Jedna strona mówiła `Idź, szukaj jej, idź, szukaj jej`, bezlitośnie drążąc echo tych słów w jej czaszce. Druga nakłaniała ją, żeby przestała się przejmować i po prostu na nią czekać. Fyna usiadła na ulicy. Żebraczki ze zdumieniem patrzyły na nią spode oczu. Jedna z nich cichutko podczołgała się do kobiety i wyszeptała wprost w jej ucho:
-Los jest zbyt przewrotny, żeby mu ufać... - zaczerpnęła oddechu, by mówić dalej.
Żebraczki w owym mieście często były cenionymi wróżbitkami. Najbogatsi przychodzili do nich, aby dowiedzieć się, cóż za los ich czeka. Wróżbitki ceniły się wysoce i brały za wróżby najwyższe ceny - wiele z nich dzięki swym darom wychodziło na prostą i nigdy już nie musiały tułać się po ulicach, z ubolewaniem prosząc ludzi o datek.
Ta żebraczka była jeszcze młodą kobietą. Miała niebieskie oczy, tak intensywnie niebieskie, że Fyna niemalże widziała, jak bije od nich niesamowity blask. Teraz jednakże Fyna nie miała pieniędzy ni czasu, aby słuchać przepowiedni. Odrzuciła rękę klęczącej obok niej.
-Bardzo dziękuję, lecz nie mam pieniędzy ani czasu, aby...
-Musisz mnie wysłuchać! - wtem wykrzyknęła żebraczka.
Fyna patrzyła ze zdumieniem, jak się podnosi, a wraz z nią mocnieje z sekundy na sekundę
ton jej głosu.
-Posłuchaj mnie - mówiła wróżbitka, a oczy jej zaiskrzyły. - Gwiazdy mówią. Gwiazdy mówiły od zawsze. Od zawsze. Czy będziesz lekceważyć potęgę ich ostrzeżeń?! - podniosła głos. - Ja wiem,
co one mówią. Rozumiesz? Wiem! Gwiazdy ostrzegają. Ciebie. - mówiła niczym w amoku. - Musisz TAM iść. Podążaj tam. Wyrusz, nim nastanie zmierzch. Zaufaj gwiazdom - zakończyła chrapliwym tonem.
Fyna wstała. Zastanawiała się, co zrobić. Lecz przeszywające spojrzenie jej wróżbitki pomogło jej podjąć ostateczną decyzję.


Panowała noc. Połówka księżyca świeciła zbyt słabo, by delikatne płatki kwiatów mogły złapać choćby odrobinę światła. Zwinęły się więc kwiaty, czekając na olśniewający blask Słońca. Za potężnym dębem, zmurszałym od starości, ktoś leżał. Chuda dłoń o bladych palcach leżała wyciągnięta niczym poskręcane druty na palu. Wtem kciuk owej dłoni poruszył się. Zbadał podłoże, po czym poruszyła się reszta palców białej dłoni. Postać uniosła się. Drobne ciało wstrząsnął dreszcz. Postać, jakby resztkami sił, podniosła się na parę nóg. Zachwiała się lekko. Na pobliskim dębie zaskwierczały niemal nagie ptaki. Postać uniosła głowę. W groteskowej twarzy, zdumiewająco brzoskwiniowej, zamajaczyły butelkowozielone oczy i niemalże czarne usta. Kobieta uniosła rękę, spojrzała na nią i przyłożyła do twarzy. Zaświeciły różnice: pomarańcz twarzy, białość rąk. Postać zrobiła krok. Maleńki, drobny krok, lecz był to ogromnie znaczący krok. Bo w następnym, kryła się już tylko ciemność przepaści.


Koń zwany Niaghretem uczuł zmęczenie.
Niaghret należał do bardzo starej rasy koni, sięgającej czasów wczesnej starożytności. Jego rasa była przyzwyczajona do krótkich, acz jak najszybszych podróży. Tymczasem wiózł swą Panią na grzbiecie już czwartą godzinę, i to w tempie nazbyt dla niego szybkim. Lecz jego Pani, Fyna, nie dała zwierzęciu odpocząć. Gnana niepojęta siłą, wciąż zagrzewała konia do biegu. Zwierzę bardzo się starało nie zrzucić swej Pani z grzbietu, lecz silna wolna nie może trwać wieczność. Wtem z naprzeciwka nadjechała inna kobieta na koniu. Śmignęła obok nich, rzucając przelotne spojrzenie na Fynę. Niaghretowi nie podobało się to spojrzenie stalowych oczu. Jechali tak jeszcze blisko godzinę, aż koń stanął dęba.
-Niaghret! - wykrzyknęła Fyna. - Co ty robisz?!
Lecz odpowiedź nadeszła wcześniej, niż się spodziewała. Coś uderzyło ją w plecy. Przez nanosekundę poczuła ból, po czym ześlizgnęła się nogami po grzbiecie przerażone konia i uderzyła głową o zdumiewająco miękkie podłoże. Przed oczyma miała wyłącznie ciemność.


C.D nastąpi.

Brak komentarzy: